O Yelpie pisałem już bardzo dawno temu. Gwoli przypomnienia, jest to amerykański serwis z recenzjami miejsc (od restauracji, przez kluby, puby, miejsca usługowe, a skończywszy na synagogach i buddyjskich świątyniach) który zrobił niemałą furorę w Dolinie Krzemowej i w Stanach Zjednoczonych. Dzisiaj Yelp to ponad 26 milionów odwiedzin miesięcznie i ponad 8 milionów napisanych recenzji. Za wielką wodą to mały fenomen i bardzo popularna strona, poza granicami USA jest praktycznie nieznana, swoje “oddziały” ma jeszcze w kilku miastach Kanady, Irlandii i Wielkiej Brytanii.
Kilka dni temu zagraniczną blogosferę obiegła wiadomość, że Google jest zainteresowane przejęciem Yelpa. Kwota transakcji miałaby wynosić około 500 mln dolarów (czyli mniej więcej jedną trzecią kwoty za jaką został przejęty YouTube), a toczące się rozmowy są w zaawansowanym stadium. Jak jednak donosi Techcrunch, z transakcji nic nie będzie, gdyż Yelp zrezygnował ze sprzedania się Googlowi. Niejasne są okoliczności odrzucenia oferty, ale wymienia się wśród nich m.in. interwencję jakiegoś innego dużego gracza, zbyt niską cenę lub niezbyt jasną przyszłość serwisu nakreśloną przez Google po przejęciu. Część osób twierdzi, że tak naprawdę to tylko gra i pertraktacje jeszcze się nie zakończyły, a część że żadnej oferty nigdy nie było i jest to tylko wymysł Techcruncha.
W sieci zaroiło się od różnorodnych komentarzy na temat samej transakcji jak i jej ostatecznego rozwiązania. Niektórzy się zastanawiają po co Google miałoby kupować Yelpa, skoro rozbudowuje swoje mapy i rozwija usługę Google Local Business Center. Z drugiej strony inni wskazują na niesamowicie dobrze rozwiniętą sieć sprzedaży Yelpa, popularność tego serwisu i ilość wartościowego contentu jaki ten serwis posiada, co czyni go dla Google bardzo atrakcyjnym kąskiem.
Odrzucenie oferty Google również spowodowało rozmaite komentarze. W części z nich blogerzy chwalą Yelpa za pozostanie niezależnym serwisem i zauważają, że Google jest fajne, ale krok po kroku zbliża się w stronę monopolistycznego Microsoftu, tracąc swój pozytywny charakter, zaczynając przerażać i budzić obawy. Coś faktycznie jest na rzeczy. Jak ktoś ładnie zauważył, Google jako wyszukiwarka powinna jedynie wskazywać content, a nie posiadać go na własność. Przejęcie Yelpa byłoby właśnie przejęciem contentu, a wtedy Google byłoby nie do końca “obiektywne”. Natomiast część z komentujących jest zdania, że Yelp ma niezły tupet i dużą pewność siebie odrzucając tak lukratywną ofertę, bo może to spowodować że Google uda się do konkurencji i Yelp wyjdzie na tym naprawdę kiepsko.
Jak widać w tej historii, jak to zwykle z przejęciami bywa, jest wiele niejasności i podzielonych opinii. Coś jednak czuję, że ta historia jeszcze nie dobiegła końca i wkrótce dowiemy się więcej szczegółów na jej temat albo usłyszymy jej dalszą część.
Rzadko który startup chwilę po uruchomieniu wywołuje u mnie dużo pozytywnych emocji. Szczególnie w dzisiejszych tak podłych czasach kiedy to wszystko jest wątpliwej jakości kopią kopii. Dlatego gdy ujrzałem serwis LubimyCzytac.pl to pozytywnie się zaskoczyłem. Być może to wina dzisiejszych standardów które powodują, że poprzeczka dla nowych serwisów jest nisko zawieszona, że mimo wszystko łatwo zrobić coś dobrego. Co prawda wspomniany serwis nic nowego nie wnosi do gatunku, ale przynajmniej miło popatrzeć na kawał solidnej roboty. Ale o tym za chwilę…
LubimyCzytac.pl, jak nietrudno się domyśleć, to społeczność czytelników. Użytkownicy wyszukują książki, wrzucają je na półki (przeczytane, teraz czytane, chcę przeczytać), a następnie oceniają i recenzują. Tyle tytułem wprowadzenia.
Bodajże pierwszym serwisem w Polsce poruszającym temat książek była Biblionetka. To dosyć stara strona, która w sieci jest od 2003 roku. Mniej więcej rok temu witryna przeszła drobny redesign, który co prawda wyszedł serwisowi na dobre, ale wygląd nadal jest daleki od ideału. Jestem użytkownikiem tego serwisu od dobrych kilku lat, czasem coś ocenię, chyba nic nie zrecenzowałem. Odstrasza mnie grafika, fatalny interfejs i brak ciekawszych elementów społecznościowych, które mogłyby ożywić ten serwis. Polecanie książek (na podstawie ocen użytkownika) działa za to całkiem nieźle i czasem wybiorę coś z listy poleconej mi przez zaawansowane i skomplikowane algorytmy polecające. Serwis pod względem funkcjonalności stoi trochę w miejscu, ale radzi sobie nieźle. Aktualnie w Biblionetce jest:
- zarejestrowanych 75 tys. użytkowników,
- wystawionych 3 mln ocen,
- oraz zgromadzonych 110 tys. książek ponad 50 tys. autorów
Kolejnym serwisem na który warto zwrócić uwagę jest NaKanapie.pl. Nie wywarł on na mnie zbyt dużego wrażenia. Co prawda w momencie uruchomienia serwis zawierał ciekawe funkcjonalności, ale korzystałem już z Biblionetki i szczerze mówiąc nie chciało mi się przenosić wszystkich moich ocen na drugi site.
To swoją drogą jest stary problem nowych serwisów społecznościowych, które wchodzą na już zagospodarowany rynek. Dla przykładu z niezłego Filmastera nie korzystam tylko dlatego, że na IMDb mam już ocenionych kilkaset filmów i po prostu jestem zbyt leniwy by przenosić wszystkie oceny z jednego serwisu na drugi. Co prawda w IMDb nic nie zrobię z tymi ocenami, mogę je co najwyżej pokazać światu, ale i tak tam pewnie zostanę (pewnie do czasu aż jakiś lepszy serwis nie zrobi importu ocen z IMDb).
Do puli serwisów z ocenami i recenzjami książek można dorzucić jeszcze Szuflera i Znam.to, ale są to strony gromadzące opinie również o innych rzeczach, więc nie będę się rozpisywał na ich temat.
Wracając do LubimyCzytac… Serwis ma kilka ciekawych funkcjonalności i społecznościowych rozwiązań o których warto wspomnieć:
- Dobrym pomysłem są wklejki, które można umieścić na swojej stronie (z informacjami jakie książki mamy na swoich półkach).
- Obserwowanie poczynań innych użytkowników to również dobre rozwiązanie.
- Rozbudowany profil użytkownika i wewnętrzna poczta to także krok w dobrą stronę.
Dużym problemem LubimyCzytac jest niekompletna baza książek – aktualnie brakuje wielu pozycji, ale myślę, że dane te zostaną wkrótce uzupełnione. Na dodatek w bazie panuje drobny bałagan, ponieważ zdarza się, że jeden autor ma kilka profili. Więcej błędów i problemów, po kilku chwilach przygody z serwisem nie dostrzegłem.
Ogólnie jestem pod pozytywnym wrażeniem tego serwisu. Czuć od niego świeżość i dobrą jakość. LubimyCzytac to dla mnie dobry przykład jak powinien wyglądać serwis społecznościowy. Rzecz jasna, brakuje trochę funkcjonalności, ale myślę że twórcy nie przerwą pracy i rozbudują serwis o nowe opcje (których w planach jest całkiem sporo).
LubimyCzytac na pewno nie sprawi, że miliony Polaków rzucą się do czytania, a następnie recenzowania książek w tym serwisie. Serwis ten to z pewnością nic nowego na polskim rynku, ale czuć od niego powiew świeżości w temacie społeczności czytelników. LubimyCzytac będzie trudno wygrać walkę z zakorzenioną w polskim internecie Biblionetką oraz NaKanapie.pl. Nie mniej jednak miło zobaczyć startup w który zostało włożone kawał dobrej roboty i który ma szansę się utrzymać na rynku.
16 Grudzień 2009
Google Local Business Center, czyli kilka słów o zamachu Google na wyszukiwanie miejsc
Google Local Business Center to usługa udostępniona przez Google dobre kilka miesięcy temu, o której jednak cicho w polskiej blogosferze i prasie. Czym jest LBC? Jak Google wpływa na sposób wyszukiwania lokalnych miejsc? Czy Yelp, Qype i cała reszta serwisów z lokalnymi recenzjami wkrótce zostaną reliktami przeszłości? I czy niedługo o Local Business Center będzie naprawdę głośno? Zacznijmy od początku…
Zapewne każdy kto co jakiś czas korzysta z dobrodziejstw oferowanych przez Google Maps zorientował się, że mapy obejmujące obszar Polski stopniowo zapełniają się dodatkowymi informacjami. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu mapy były całkiem gołe – zawierały tylko informacje o miastach, drogach, ulicach i innych danych znanych z map drogowych. Stopniowo jednak Google nakładało kolejne warstwy – ważniejsze zabytki, uczelnie, szkoły, szpitale i inne punkty które można zaliczyć do szeroko rozumianej użyteczności publicznej.
Jednak od kilku miesięcy, na mapach Google zaczęły pojawiać się punkty komercyjne. Z początku nieśmiało zaczęły wyskakiwać jak grzyby po deszczu kina, supermarkety oraz ważniejsze sklepy. Z czasem Google zaczęło udostępniać informacje o zwykłych osiedlowych sklepach, księgarniach, pubach, klubach, restauracjach, aptekach i wszelkiej maści punktach usługowych.
Przykład takiego wykorzystania map można znaleźć od dawna na mapach zagranicznych miast, a aby zobaczyć jak to wygląda w praktyce na polskiej ziemi odsyłam np. do Wrocławia.
Na umieszczeniu sympatycznych ikonek na mapie Google jednak nie poprzestaje. Po kliknięciu w ikonę wyskakuje chmurka w której przedstawiona jest zwykle nazwa, adres, telefon, zdjęcie oraz link do zewnętrznej strony internetowej miejsca. Dodatkowo każde z miejsc ma swoją stronę w katalogu Google, na której zgromadzone są bardziej szczegółowe informacje – od metod płatności, przez możliwość skorzystania z bezprzewodowego internetu, a skończywszy na godzinach otwarcia danego miejsca. Na stronie miejsca użytkownicy znajdują także zdjęcia miejsca, opinie i recenzje oraz linki do stron internetowych na których wspomniane jest to miejsce oraz listę map użytkowników na których się ono pojawia.
Aktualnie większość informacji zgromadzonych na stronach miejsc pobierana jest z różnych źródeł. Na przykład zdjęcia i szczegółowe informacje miejsc noclegowych są pobierane z kilku internetowych informatorów turystycznych. W Polsce opinie restauracji, kawiarni i klubów Google ładuje np. z Gastronautów lub Qype’a. Dane teleadresowe najczęściej pochodzą z Panoramy Firm. W innych krajach są to inne serwisy działające lokalnie.
Mimo, że informacje pobierane automatycznie stanowią obecnie lwią część danych zgromadzonych na stronach miejsc, Google od kilku miesięcy pozwala przejąć kontrolę nad miejscem lub dodać nowy punkt na mapie. Jest to możliwe dzięki narzędziu Google Local Business Center (Centrum Lokalnych Bieznesów Google). Właściciel miejsca sam decyduje o tym jakie informacje powinny znaleźć się na stronie (dane teleadresowe, kategorie miejsca, zdjęcia, szczegółowe informacje itp.). Dodatkowo Google oferuje zaawansowane statystyki dotyczące odwiedzin miejsca – z jakich słów kluczowych internauci odwiedzają stronę oraz skąd szukają dojazdu do miejsca. Ślicznie jest to przedstawione w filmie prezentującym usługę LBC:
Tyle tytułem wstępu i opisu samego narzędzia Local Business Center. Jakie znaczenie może mieć udostępnienie LBC właścicielom miejsc i jakie znaczenie będzie miał katalog miejsc? Google od dawna po wpisaniu wielu słów kluczowych w swoją wyszukiwarkę listę wyników zaczyna mapą lub umieszcza ją po drugim lub trzecim wyniku wyszukiwania. Po wpisaniu nazwy miasta lub dokładnej nazwy miejsca SERP również zaczyna się mapą.
Google w ten sposób kładzie duży nacisk na linkowanie do własnej bazy miejsc (bo do właściwej strony miejsca linkują tylko pointer z literą oraz nazwa miejsca; mapa i liczba opinii przenoszą na podstrony Google), zmieniając stopniowo nasz sposób wyszukiwania lokalnych miejsc w internecie. Kiedyś wpisywaliśmy coś czego szukamy (np. restauracji) i wędrowaliśmy po różnych katalogach miejsc. Umieszczając mapę w wynikach wyszukiwania, Google zrzuca niżej zwykłe strony, na których umieszczane są informacje które kiedyś przeglądał użytkownik.
Dodatkowo przeglądając Google Maps i otwierając chmurki miejsc łatwiej wejść na podstrony Google niż na właściwą stronę miejsca. Gdy do tego wszystkiego weźmiemy jeszcze pod uwagę możliwość dodawania opinii bezpośrednio na stronach miejsc w katalogu Google, monopolistyczną pozycję jaką ma ta wyszukiwarka, popularność Google Maps oraz coraz większe uzależnienie użytkowników od Google, to może się okazać, że wkrótce wyszukiwanie jakichkolwiek miejsc będzie się odbywać tylko i wyłącznie przy użyciu Google, map i katalogu.
To oczywiście bardzo daleka wizja przyszłości, będąca tylko moim gdybaniem. Z jednej strony wszelkiego rodzaju niezależne katalogi miejsc (jak Yelp, Gastronauci i cała reszta), gromadzące opinie i polecające miejsca oferują niezliczone opcje społecznościowe, których Google nie oferuje. Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by za parę lat Google swój obecny katalog miejsc (który przecież jest dopiero raczkującym pomysłem) zmienił w przybliżoną kopię Yelpa. A stamtąd już niedaleka droga do wykruszenia się wszystkich takich serwisów.
Serwisy jednak mają sporą przewagę, bo w przeciwieństwie do molocha z Mountain View są bardziej dynamiczne i mogą łatwiej dostosować się do potrzeb użytkowników. Poza tym taki Yelp ma już zarejestrowanych tysiące użytkowników, którzy napisali tysiące recenzji. No ale z drugiej strony żaden serwis nic nie poradzi na to, gdy Google zepchnie ich w wynikach wyszukiwania tam gdzie nikt nawet nie spojrzy.
Zakładając czarny scenariusz dla katalogów miejsc, mogą one okazać się kolejnymi ofiarami Google o których bardzo szybko zapomnimy, że w ogóle istniały. Ja dzisiaj ledwo pamiętam o darmowych i (o zgrozo!) płatnych skryptach do śledzenia statystyk stron, bo nie wyobrażam sobie życia bez Google Analytics. Google może nie zniszczyło konkurencji, ale na pewno mocno zachwiało równowagą w obrębie webowych czytników RSS, kont pocztowych, internetowych aplikacji biurowych itd., więc czemu miałoby nie narobić szumu w dziedzinie wyszukiwania lokalnych miejsc? Gdy wyobrazimy sobie ile Siergiej z Larrym mogliby zarobić na płatnych kontach miejsc czy sponsorowanych wynikach w Google Maps gdy usługa ta byłaby naprawdę monopolistą na rynku, to zrobienie szumu wydaje się być jeszcze bardziej prawdopodobne.
Rzecz jasna takie całkowite zniewolenie przez Wujka Google który (na razie) nie czyni zła ma również swoje złe strony i może niekiedy przerażać, ale o tym w innym wpisie. Tymczasem polecam śledzić poczynania Google w tym temacie, bo w niedalekiej przyszłości może być naprawdę ciekawie.





Wpisy