O Yelpie pisałem już bardzo dawno temu. Gwoli przypomnienia, jest to amerykański serwis z recenzjami miejsc (od restauracji, przez kluby, puby, miejsca usługowe, a skończywszy na synagogach i buddyjskich świątyniach) który zrobił niemałą furorę w Dolinie Krzemowej i w Stanach Zjednoczonych. Dzisiaj Yelp to ponad 26 milionów odwiedzin miesięcznie i ponad 8 milionów napisanych recenzji. Za wielką wodą to mały fenomen i bardzo popularna strona, poza granicami USA jest praktycznie nieznana, swoje “oddziały” ma jeszcze w kilku miastach Kanady, Irlandii i Wielkiej Brytanii.
Kilka dni temu zagraniczną blogosferę obiegła wiadomość, że Google jest zainteresowane przejęciem Yelpa. Kwota transakcji miałaby wynosić około 500 mln dolarów (czyli mniej więcej jedną trzecią kwoty za jaką został przejęty YouTube), a toczące się rozmowy są w zaawansowanym stadium. Jak jednak donosi Techcrunch, z transakcji nic nie będzie, gdyż Yelp zrezygnował ze sprzedania się Googlowi. Niejasne są okoliczności odrzucenia oferty, ale wymienia się wśród nich m.in. interwencję jakiegoś innego dużego gracza, zbyt niską cenę lub niezbyt jasną przyszłość serwisu nakreśloną przez Google po przejęciu. Część osób twierdzi, że tak naprawdę to tylko gra i pertraktacje jeszcze się nie zakończyły, a część że żadnej oferty nigdy nie było i jest to tylko wymysł Techcruncha.
W sieci zaroiło się od różnorodnych komentarzy na temat samej transakcji jak i jej ostatecznego rozwiązania. Niektórzy się zastanawiają po co Google miałoby kupować Yelpa, skoro rozbudowuje swoje mapy i rozwija usługę Google Local Business Center. Z drugiej strony inni wskazują na niesamowicie dobrze rozwiniętą sieć sprzedaży Yelpa, popularność tego serwisu i ilość wartościowego contentu jaki ten serwis posiada, co czyni go dla Google bardzo atrakcyjnym kąskiem.
Odrzucenie oferty Google również spowodowało rozmaite komentarze. W części z nich blogerzy chwalą Yelpa za pozostanie niezależnym serwisem i zauważają, że Google jest fajne, ale krok po kroku zbliża się w stronę monopolistycznego Microsoftu, tracąc swój pozytywny charakter, zaczynając przerażać i budzić obawy. Coś faktycznie jest na rzeczy. Jak ktoś ładnie zauważył, Google jako wyszukiwarka powinna jedynie wskazywać content, a nie posiadać go na własność. Przejęcie Yelpa byłoby właśnie przejęciem contentu, a wtedy Google byłoby nie do końca “obiektywne”. Natomiast część z komentujących jest zdania, że Yelp ma niezły tupet i dużą pewność siebie odrzucając tak lukratywną ofertę, bo może to spowodować że Google uda się do konkurencji i Yelp wyjdzie na tym naprawdę kiepsko.
Jak widać w tej historii, jak to zwykle z przejęciami bywa, jest wiele niejasności i podzielonych opinii. Coś jednak czuję, że ta historia jeszcze nie dobiegła końca i wkrótce dowiemy się więcej szczegółów na jej temat albo usłyszymy jej dalszą część.
Rzadko który startup chwilę po uruchomieniu wywołuje u mnie dużo pozytywnych emocji. Szczególnie w dzisiejszych tak podłych czasach kiedy to wszystko jest wątpliwej jakości kopią kopii. Dlatego gdy ujrzałem serwis LubimyCzytac.pl to pozytywnie się zaskoczyłem. Być może to wina dzisiejszych standardów które powodują, że poprzeczka dla nowych serwisów jest nisko zawieszona, że mimo wszystko łatwo zrobić coś dobrego. Co prawda wspomniany serwis nic nowego nie wnosi do gatunku, ale przynajmniej miło popatrzeć na kawał solidnej roboty. Ale o tym za chwilę…
LubimyCzytac.pl, jak nietrudno się domyśleć, to społeczność czytelników. Użytkownicy wyszukują książki, wrzucają je na półki (przeczytane, teraz czytane, chcę przeczytać), a następnie oceniają i recenzują. Tyle tytułem wprowadzenia.
Bodajże pierwszym serwisem w Polsce poruszającym temat książek była Biblionetka. To dosyć stara strona, która w sieci jest od 2003 roku. Mniej więcej rok temu witryna przeszła drobny redesign, który co prawda wyszedł serwisowi na dobre, ale wygląd nadal jest daleki od ideału. Jestem użytkownikiem tego serwisu od dobrych kilku lat, czasem coś ocenię, chyba nic nie zrecenzowałem. Odstrasza mnie grafika, fatalny interfejs i brak ciekawszych elementów społecznościowych, które mogłyby ożywić ten serwis. Polecanie książek (na podstawie ocen użytkownika) działa za to całkiem nieźle i czasem wybiorę coś z listy poleconej mi przez zaawansowane i skomplikowane algorytmy polecające. Serwis pod względem funkcjonalności stoi trochę w miejscu, ale radzi sobie nieźle. Aktualnie w Biblionetce jest:
- zarejestrowanych 75 tys. użytkowników,
- wystawionych 3 mln ocen,
- oraz zgromadzonych 110 tys. książek ponad 50 tys. autorów
Kolejnym serwisem na który warto zwrócić uwagę jest NaKanapie.pl. Nie wywarł on na mnie zbyt dużego wrażenia. Co prawda w momencie uruchomienia serwis zawierał ciekawe funkcjonalności, ale korzystałem już z Biblionetki i szczerze mówiąc nie chciało mi się przenosić wszystkich moich ocen na drugi site.
To swoją drogą jest stary problem nowych serwisów społecznościowych, które wchodzą na już zagospodarowany rynek. Dla przykładu z niezłego Filmastera nie korzystam tylko dlatego, że na IMDb mam już ocenionych kilkaset filmów i po prostu jestem zbyt leniwy by przenosić wszystkie oceny z jednego serwisu na drugi. Co prawda w IMDb nic nie zrobię z tymi ocenami, mogę je co najwyżej pokazać światu, ale i tak tam pewnie zostanę (pewnie do czasu aż jakiś lepszy serwis nie zrobi importu ocen z IMDb).
Do puli serwisów z ocenami i recenzjami książek można dorzucić jeszcze Szuflera i Znam.to, ale są to strony gromadzące opinie również o innych rzeczach, więc nie będę się rozpisywał na ich temat.
Wracając do LubimyCzytac… Serwis ma kilka ciekawych funkcjonalności i społecznościowych rozwiązań o których warto wspomnieć:
- Dobrym pomysłem są wklejki, które można umieścić na swojej stronie (z informacjami jakie książki mamy na swoich półkach).
- Obserwowanie poczynań innych użytkowników to również dobre rozwiązanie.
- Rozbudowany profil użytkownika i wewnętrzna poczta to także krok w dobrą stronę.
Dużym problemem LubimyCzytac jest niekompletna baza książek – aktualnie brakuje wielu pozycji, ale myślę, że dane te zostaną wkrótce uzupełnione. Na dodatek w bazie panuje drobny bałagan, ponieważ zdarza się, że jeden autor ma kilka profili. Więcej błędów i problemów, po kilku chwilach przygody z serwisem nie dostrzegłem.
Ogólnie jestem pod pozytywnym wrażeniem tego serwisu. Czuć od niego świeżość i dobrą jakość. LubimyCzytac to dla mnie dobry przykład jak powinien wyglądać serwis społecznościowy. Rzecz jasna, brakuje trochę funkcjonalności, ale myślę że twórcy nie przerwą pracy i rozbudują serwis o nowe opcje (których w planach jest całkiem sporo).
LubimyCzytac na pewno nie sprawi, że miliony Polaków rzucą się do czytania, a następnie recenzowania książek w tym serwisie. Serwis ten to z pewnością nic nowego na polskim rynku, ale czuć od niego powiew świeżości w temacie społeczności czytelników. LubimyCzytac będzie trudno wygrać walkę z zakorzenioną w polskim internecie Biblionetką oraz NaKanapie.pl. Nie mniej jednak miło zobaczyć startup w który zostało włożone kawał dobrej roboty i który ma szansę się utrzymać na rynku.
16 Grudzień 2009
Google Local Business Center, czyli kilka słów o zamachu Google na wyszukiwanie miejsc
Google Local Business Center to usługa udostępniona przez Google dobre kilka miesięcy temu, o której jednak cicho w polskiej blogosferze i prasie. Czym jest LBC? Jak Google wpływa na sposób wyszukiwania lokalnych miejsc? Czy Yelp, Qype i cała reszta serwisów z lokalnymi recenzjami wkrótce zostaną reliktami przeszłości? I czy niedługo o Local Business Center będzie naprawdę głośno? Zacznijmy od początku…
Zapewne każdy kto co jakiś czas korzysta z dobrodziejstw oferowanych przez Google Maps zorientował się, że mapy obejmujące obszar Polski stopniowo zapełniają się dodatkowymi informacjami. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu mapy były całkiem gołe – zawierały tylko informacje o miastach, drogach, ulicach i innych danych znanych z map drogowych. Stopniowo jednak Google nakładało kolejne warstwy – ważniejsze zabytki, uczelnie, szkoły, szpitale i inne punkty które można zaliczyć do szeroko rozumianej użyteczności publicznej.
Jednak od kilku miesięcy, na mapach Google zaczęły pojawiać się punkty komercyjne. Z początku nieśmiało zaczęły wyskakiwać jak grzyby po deszczu kina, supermarkety oraz ważniejsze sklepy. Z czasem Google zaczęło udostępniać informacje o zwykłych osiedlowych sklepach, księgarniach, pubach, klubach, restauracjach, aptekach i wszelkiej maści punktach usługowych.
Przykład takiego wykorzystania map można znaleźć od dawna na mapach zagranicznych miast, a aby zobaczyć jak to wygląda w praktyce na polskiej ziemi odsyłam np. do Wrocławia.
Na umieszczeniu sympatycznych ikonek na mapie Google jednak nie poprzestaje. Po kliknięciu w ikonę wyskakuje chmurka w której przedstawiona jest zwykle nazwa, adres, telefon, zdjęcie oraz link do zewnętrznej strony internetowej miejsca. Dodatkowo każde z miejsc ma swoją stronę w katalogu Google, na której zgromadzone są bardziej szczegółowe informacje – od metod płatności, przez możliwość skorzystania z bezprzewodowego internetu, a skończywszy na godzinach otwarcia danego miejsca. Na stronie miejsca użytkownicy znajdują także zdjęcia miejsca, opinie i recenzje oraz linki do stron internetowych na których wspomniane jest to miejsce oraz listę map użytkowników na których się ono pojawia.
Aktualnie większość informacji zgromadzonych na stronach miejsc pobierana jest z różnych źródeł. Na przykład zdjęcia i szczegółowe informacje miejsc noclegowych są pobierane z kilku internetowych informatorów turystycznych. W Polsce opinie restauracji, kawiarni i klubów Google ładuje np. z Gastronautów lub Qype’a. Dane teleadresowe najczęściej pochodzą z Panoramy Firm. W innych krajach są to inne serwisy działające lokalnie.
Mimo, że informacje pobierane automatycznie stanowią obecnie lwią część danych zgromadzonych na stronach miejsc, Google od kilku miesięcy pozwala przejąć kontrolę nad miejscem lub dodać nowy punkt na mapie. Jest to możliwe dzięki narzędziu Google Local Business Center (Centrum Lokalnych Bieznesów Google). Właściciel miejsca sam decyduje o tym jakie informacje powinny znaleźć się na stronie (dane teleadresowe, kategorie miejsca, zdjęcia, szczegółowe informacje itp.). Dodatkowo Google oferuje zaawansowane statystyki dotyczące odwiedzin miejsca – z jakich słów kluczowych internauci odwiedzają stronę oraz skąd szukają dojazdu do miejsca. Ślicznie jest to przedstawione w filmie prezentującym usługę LBC:
Tyle tytułem wstępu i opisu samego narzędzia Local Business Center. Jakie znaczenie może mieć udostępnienie LBC właścicielom miejsc i jakie znaczenie będzie miał katalog miejsc? Google od dawna po wpisaniu wielu słów kluczowych w swoją wyszukiwarkę listę wyników zaczyna mapą lub umieszcza ją po drugim lub trzecim wyniku wyszukiwania. Po wpisaniu nazwy miasta lub dokładnej nazwy miejsca SERP również zaczyna się mapą.
Google w ten sposób kładzie duży nacisk na linkowanie do własnej bazy miejsc (bo do właściwej strony miejsca linkują tylko pointer z literą oraz nazwa miejsca; mapa i liczba opinii przenoszą na podstrony Google), zmieniając stopniowo nasz sposób wyszukiwania lokalnych miejsc w internecie. Kiedyś wpisywaliśmy coś czego szukamy (np. restauracji) i wędrowaliśmy po różnych katalogach miejsc. Umieszczając mapę w wynikach wyszukiwania, Google zrzuca niżej zwykłe strony, na których umieszczane są informacje które kiedyś przeglądał użytkownik.
Dodatkowo przeglądając Google Maps i otwierając chmurki miejsc łatwiej wejść na podstrony Google niż na właściwą stronę miejsca. Gdy do tego wszystkiego weźmiemy jeszcze pod uwagę możliwość dodawania opinii bezpośrednio na stronach miejsc w katalogu Google, monopolistyczną pozycję jaką ma ta wyszukiwarka, popularność Google Maps oraz coraz większe uzależnienie użytkowników od Google, to może się okazać, że wkrótce wyszukiwanie jakichkolwiek miejsc będzie się odbywać tylko i wyłącznie przy użyciu Google, map i katalogu.
To oczywiście bardzo daleka wizja przyszłości, będąca tylko moim gdybaniem. Z jednej strony wszelkiego rodzaju niezależne katalogi miejsc (jak Yelp, Gastronauci i cała reszta), gromadzące opinie i polecające miejsca oferują niezliczone opcje społecznościowe, których Google nie oferuje. Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by za parę lat Google swój obecny katalog miejsc (który przecież jest dopiero raczkującym pomysłem) zmienił w przybliżoną kopię Yelpa. A stamtąd już niedaleka droga do wykruszenia się wszystkich takich serwisów.
Serwisy jednak mają sporą przewagę, bo w przeciwieństwie do molocha z Mountain View są bardziej dynamiczne i mogą łatwiej dostosować się do potrzeb użytkowników. Poza tym taki Yelp ma już zarejestrowanych tysiące użytkowników, którzy napisali tysiące recenzji. No ale z drugiej strony żaden serwis nic nie poradzi na to, gdy Google zepchnie ich w wynikach wyszukiwania tam gdzie nikt nawet nie spojrzy.
Zakładając czarny scenariusz dla katalogów miejsc, mogą one okazać się kolejnymi ofiarami Google o których bardzo szybko zapomnimy, że w ogóle istniały. Ja dzisiaj ledwo pamiętam o darmowych i (o zgrozo!) płatnych skryptach do śledzenia statystyk stron, bo nie wyobrażam sobie życia bez Google Analytics. Google może nie zniszczyło konkurencji, ale na pewno mocno zachwiało równowagą w obrębie webowych czytników RSS, kont pocztowych, internetowych aplikacji biurowych itd., więc czemu miałoby nie narobić szumu w dziedzinie wyszukiwania lokalnych miejsc? Gdy wyobrazimy sobie ile Siergiej z Larrym mogliby zarobić na płatnych kontach miejsc czy sponsorowanych wynikach w Google Maps gdy usługa ta byłaby naprawdę monopolistą na rynku, to zrobienie szumu wydaje się być jeszcze bardziej prawdopodobne.
Rzecz jasna takie całkowite zniewolenie przez Wujka Google który (na razie) nie czyni zła ma również swoje złe strony i może niekiedy przerażać, ale o tym w innym wpisie. Tymczasem polecam śledzić poczynania Google w tym temacie, bo w niedalekiej przyszłości może być naprawdę ciekawie.
Podczas ostatniego Barcampu Maciej Popowicz z naszej-klasy opowiadał o planach na przyszłość swojego serwisu. Wspominał między innymi o wzorowaniu się na Facebooku oraz dywersyfikacji przychodów. O Facebooku i niechęci do wprowadzenia API dla developerów nie będę pisał. Nie będę również wspominał o współpracy z Monetto.pl, bo o tym blogosfera napisała już wystarczająco dużo, ani o prezentach od użytkowników dla użytkowników.
Poruszę natomiast sprawę innego sposobu na dywersyfikację przychodów (który odkryłem przypadkiem), jaką jest pewnego rodzaju product placement w naszej-klasie. Od zawsze w tym portalu można było znaleźć profile osób fikcyjnych, osób z życia publicznego, wszelkiego rodzaju kółka gospodyń wiejskich, grupy fanatyków osiedli mieszkaniowych czy dzielnic, a nawet wielbicieli języka angielskiego. Profile takie są tworzone dla żartów lub żeby inne osoby mogły dodać taki profil do znajomych, aby mogły pokazać jak to bardzo oddani są na przykład Dodzie Elektrodzie.
Jednak od paru dni na naszej-klasie można znaleźć profile samochodów marki Renault. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby profile zostały założone przez fanów tych samochodów. Wszystko jednak wskazuje na to (czego potwierdzić co prawda nie mogę, to tylko moje domysły), że Renault nawiązało pewnego rodzaju współpracę z NK na promocje swoich pojazdów. Widok profilu samochodów różni się choćby polami z podstawowych informacji o użytkowniku (liczba pasażerów, spalanie, silnik) oraz dodatkowymi linkami do konkursu organizowanego przez Renault oraz ich szkoły jazdy.

Na tym nie koniec. Na głównej stronie portalu umieszczane są ostatnio dodane zdjęcia wszystkich użytkowników. Zdjęć jest 5, ale ostatnie zawsze zajmowane jest przez zdjęcie jednego z samochodów Renault.

Nasuwa mi się kilka przemyśleń związanych z taką formą promocji Renault na NK:
- Jest to dobra współpraca zarówno dla naszej-klasy jak i Renault. NK w pewnym sensie rozbija swoje przychody – to wciąż reklama, ale nie jest ona zbyt nachalna i jest to zawsze jakaś forma poszerzenia możliwości zarobienia mamony. Dla Renault – bo budują świadomość marki oraz bez większych nakładów docierają do szeeerokiego grona odbiorców (podejrzewam, że liczba klików w to ostatnie zdjęcie jest naprawdę spora, a liczba wejść na profile samochodów Renault z listy znajomych-znajomych Renault też jest niemała).
- Umieszczenie zdjęcia samochodu w ostatnio dodanych zdjęciach użytkowników ociera się delikatnie o pewnego rodzaju “ukrytą” reklamę. To trochę jak linki sponsorowane na Wykopie umieszczone pomiędzy zwykłymi odnośnikami. Użytkownicy myślą że to zwykły link, więc klikają dzięki zachęcającym tytułom wzorowanym na tytułach zwykłych wykopów. Podobnie jest ze zdjęciami Renault.
- Renault i NK Ameryki nie odkrywa. Obecność największych marek na Facebooku, MySpace, nie mówiąc już o Second Life nie jest niczym nowym. Taka forma reklamy w polskim internecie to jakby naturalna kolej rzeczy.
- Nigdy nie zrozumiem po co ludzie dodają do znajomych takie “twory”. Wiem, wiem – przynależność, fajne zdjęcie w profilu, kolejny darmowy znajomy. Ale ani to pogadać o tym samochodzie nie idzie, ani powymieniać się uwagami o Renault. A przecież Nowe Twingo ma ponad 1000 znajomych!
Podejrzewam, że w niedalekiej przyszłości możemy się spodziewać może nie od razu zalewu i wysypu, ale kilku podobnych inicjatyw ze strony firm które chcą się reklamować na NK w ten sposób. Niektóre to będą robić mniej jawnie (nie nawiązując współpracy z NK), inne bardziej jawnie (chcąc trochę więcej niż zwykły goły profil), ale być może już niedługo z firmami będzie jak z ludźmi – nie masz konta na naszej-klasie to znaczy, że nie istniejesz.

Jak donosi blog Google Maps API w najnowszym wpisie, udostępniono możliwość umieszczania na swoich stronach map z Google Maps w postaci obrazków znanych choćby z wyników wyszukiwanie na Google. “Nareszcie” – można by powiedzieć, bo na tę opcję developerzy czekali od dawna i aż dziwne, że Google tak długo zwlekał z wdrożeniem tej funkcjonalności.
Na czym polega piękno nowej opcji? Dotychczas, aby umieścić mapę na swojej stronie musieliśmy korzystać z JavaScriptu, który na wolniejszych łączach długo się ładował (nie wiedzieć czemu mi na przykład Firefox zawiesza się na chwilę gdy tylko na stronie pojawi się javascriptowy kod z Google Maps). Poza tym, JS nie wszyscy mają (około 10% osób przeglądających Internet ma wyłączony JS lub ich przeglądarki nie obsługują JS), więc użytkownicy bez włączonego JS nie zobaczą mapy dojazdu do naszej firmy czy lokalizacji jakiegoś punktu.
Teraz, aby umieścić wycinek mapy na swojej stronie wystarczy wstawić obrazek odwołujący się do odpowiedniego skryptu, w parametrach przekazując położenie, zoom, wymiary mapy, API Key dla naszej domeny i inne parametry (oraz ewentualnie informacje o markerach jeśli chcemy je umieścić na mapie). Mapa generuje się w locie jako zwykły obrazek (maksymalne wymiary 512×512 pikseli) bez pomocy JavaScriptu.
Co prawda w ten sposób na swojej stronie umieszczamy tylko kawałek mapy w postaci obrazka, użytkownik nie będzie mógł jednym klikiem oddalić mapę i zobaczyć okolicę, ale na wielu stronach wystarczy sam szybko ładujący się fragment mapy zamiast ciężkiego JavaScriptu. Poza tym, obrazek mapy zawsze może być linkiem do właściwego Google Maps, innej mapy na naszej stronie albo przy odpowiednim wsparciu JS, po najechaniu na obrazkową mapę, obrazek może się zmieniać w starą mapę Google. Dodatkową zaletą nowej opcji, jak słusznie zauważyli ludzie z Google, jest to, że obrazek mapy w łatwy sposób można przesłać znajomym jako załącznik w e-mailu.
Po szczegółowe informacje odsyłam do:
- wpisu o wprowadzeniu statycznych map na blogu Google Maps API
- prostego generatora map
- dokumentacji Google Static Maps API
Google Maps na Twojej stronie
Zobacz poradnik jak umieścić Google Maps na swojej stronie internetowej.
Parę dni temu portal społecznościowy Nasza-klasa.pl ogłosił, że ma już dwa miliony zarejestrowanych użytkowników, a codziennie rejestruje się w nim około 50 000 nowych osób. Popularność Naszej-klasy poza Wrocławiem i Dolnym Śląskiem to już fakt i w przypadku tego serwisu możemy już mówić nie tylko o dolnośląskim, ale ogólnopolskim bakcylu.
Tymczasem w miastach gdzie NK jest obecna od dawna można zaobserwować powolne znudzenie się portalem. Po przejrzeniu profili wszystkich znajomych i nieznajomych, zobaczeniu co teraz porabiają, gdzie studiują i gdzie pracują, pozostają jedynie dyskusje na forach klasowych oraz odwiedzanie portalu by zobaczyć najnowsze zdjęcia znajomych oraz ludzi którzy dołączyli do naszych klas. Moim zdaniem to trochę za mało by zachęcić starych “stażem” użytkowników do częstszych odwiedzin na NK. Podobnego zdania jest coraz więcej moich znajomych z liceum i ze studiów, którym portal powoli zaczyna się po prostu nudzić.
Nie chciałbym być złym prorokiem i nie życzę źle NK, ale poza serwerami, martwiłbym się również o nowe funkcjonalności, które pomogą zatrzymać użytkowników którzy w NK zrobili już wszystko co było do zrobienia i wpadają tylko okazjonalnie. No chyba, że NK zamierza być portalem “jednorazowego użytku” i z racji nazwy oraz motta przewodniego ma tylko pomóc w odnajdywaniu znajomych ze szkolnych lat. Co zresztą robi znakomicie, ale po kilku tygodniach przebywania w NK zaczyna się to robić lekko nużące.
Dotychczas wszystkich innych portali (Grono, Fotka etc.) nie używali moi znajomi których widzę na co dzień lub od święta. W NK natomiast, podobnie jak wiele innych osób, mam kilkuset faktycznych znajomych i aż się prosi by można było robić coś z tą społecznością. Cokolwiek – ogłoszenia, statusy, grupy, wydarzenia. Najlepiej na wzór Facebooka… ale nie chcę wybiegać zbyt daleko i są to raczej marzenia ściętej głowy. Bo wydaje mi się, że NK jest postrzegana jako świetne miejsce do odnawiania starych przyjaźni, ale z racji wielkiej ilości zarejestrowanych osób mogłaby służyć również do podtrzymywania lub zawierania nowych znajomości.
W Internecie ciężko jest przewidzieć nawet najbliższą przyszłość, ale warto rzucić okiem na wykres popularności amerykańskiego odpowiednika Naszej-klasy – Classmates.com.
Wiadomo, że tam tort użytkowników dzieli na siebie więcej portali (Facebook, MySpace etc.) i to one są teraz na fali wznoszącej. Z Classmates nadal korzysta sporo osób i mimo wszystko Stany Zjednoczone to trochę inny rynek. Ale kto wie czy o Naszej-klasie nie zapomnimy tak szybko jak o niej usłyszeliśmy?
Marek Futrega, twórca strony Kurnik.pl, zapowiedział na swoim blogu uruchomienie nowego projektu – Garnek.pl. Domena wskazywałaby, że Marek wchodzi w branżę gastronomiczną – tym bardziej, że ostatnio handlował Widelcem, który ostatecznie kupiła Gazeta. Garnek jednak nie będzie miał wiele wspólnego z gastronomią… no chyba, że użytkownicy zbyt do serca wezmą sobie nazwę domeny i zdecydują się wrzucać do Garnka tylko zdjęcia swoich kulinarnych dokonań. To o zdjęcia właśnie się rozchodzi i możliwość umieszczania ich na stronie, by móc pokazać je znajomym.
Niby takich garnków, do których możemy wrzucić zdjęcia jest w internecie tysiące. Niby polski rynek photo sharingu jest już mocno nasycony Fotosikiem, Patrz, Wrzutą i podobnymi usługami w dużych portalach internetowych. Niby Flickr.com ma silną polską reprezentację i niewykluczone, że niedługo zostanie uruchomiona polska wersja strony. A jednak od samego początku korzystania z nowego serwisu czuje się, że garnek garnkowi nierówny i że w tym Garnku można ugotować całkiem niezły rosół.
Od samego początku w oczy rzuca się prostota i surowy, wręcz koszarowy design znany z Kurnika. Najbardziej kolorową częścią witryny jest… ikonka favicon i rzecz jasna same zdjęcia. Nie ulega wątpliwości, że to one (zamiast kolorowych reklam, graficznych wodotrysków i zbędnych elementów) są najważniejszą częścią witryny. Z jednej strony ta prostota i czystość to wielka zaleta serwisu, jednak część użytkowników, przyzwyczajona do świecących bannerów i kolorowego wyglądu strony może “przestraszyć” się tak koszarowego designu.
Do najważniejszych funkcjonalności serwisu, oprócz wrzucania zdjęć, należy zaliczyć:
- komentowanie zdjęć i powiadomienia o nowych komentarzach
- możliwość dodania do znajomych innych użytkowników i śledzenia ich najnowszych zdjęć
- wrzucanie zdjęć z komórki przez MMSy
- plakietki, wlepki, wklejki z najnowszymi zdjęciami do umieszczenia na swoim blogu lub stronie
Co ciekawe zdjęcia na Garnku będą pomniejszane do rozdzielczości 640×480 pikseli, a oryginały nie będą przechowywane. Nie wiem czy wynika to z chęci zaoszczędzenia miejsca na serwerach, czy po prostu autor uznał, że i tak nikt nie ogląda większych zdjęć (sam na Flickrze rzadko kiedy oglądam zdjęcia w największych rozmiarach). Jednak moim zdaniem użytkownicy powinni mieć możliwość zachowania oryginałów (lub dodatkowo powinny być przetrzymywane zdjęcia w rozdzielczości 800 lub 1024 pikseli).
Garnek to na pewno projekt na który warto zwrócić uwagę i śledzić jego rozwój. Łatwość dodawania i przeglądania zdjęć sprawia, że może być to ciekawe narzędzie dla osób które nie chcą zbytnio wiązać się z serwisem, a jedynie chcą szybko wrzucić zdjęcia z wyjazdu / imienin cioci / urodzin brata i w przystępny sposób pokazać je znajomym.
Polski Flickr… Fotosik? Nie. Slajd!
Jeśli już mowa o photo sharingu, chciałbym przypomnieć o pewnym serwisie, o którym było głośno dobre kilka miesięcy temu. Slajd.net, bo to o nim właśnie mowa, to strona która swego czasu wzbudziła moje spore zainteresowanie przy okazji fascynacji amerykańskim Flickrem. Slajd jest bardzo podobny do Flickra, nie tylko pod względem wyglądu ale również pod względem działania strony i wszechobecnego Ajaxa. Slajd jest bardzo fachowo i solidnie wykonany. Co prawda nie ma zbyt wielu społecznościowych funkcjonalności i na każdym kroku czuć, że twórcy mocno inspirowali się zagranicznym pierwowzorem, to mimo wszystko należą się słowa uznania za wykonanie. Swoją drogą przeglądanie zdjęć i galerii na Slajdzie to moim zdaniem czysta przyjemność.
Strona jest jakby trochę zapomniana, pomysł nie może “chwycić” i sądząc po statystykach na Alexie (której co prawda ufać nie można) ma śladową oglądalność (co może wynikać z tego, że przeglądanie zdjęć w galeriach nie powoduje przeładowania strony). Aktualnie Slajd ma w swojej bazie blisko 10 000 zdjęć i sporo oddanych użytkowników (którzy mają po kilkadziesiąt lub kilkaset zdjęć w swoich galeriach). Jeśli miałbym wybrać polski serwis który byłby idealnym przykładem, że liczy się nie tylko pomysł, nie tylko wykonanie, ale równie istotne są marketing i promocja – wybrałbym właśnie Slajd.
W opublikowanych niedawno wynikach badań najpopularniejszych serwisów tematycznych w kategorii “społeczności” na dziewiątym miejscu znalazło się forum dyskusyjne Peb.pl. Polish Elite Board pod względem liczby użytkowników wyprzedziło między innymi takie serwisy społecznościowe jak Grono.net czy Epuls.pl. Co prawda Grono i Epuls miażdżą PEB w ilościach odsłon, ale przy okazji debiutu forum PEB na liście Megapanelu zacząłem się zastanawiać nad kondycją polskich forów dyskusyjnych i ich starszego brata – Usenetu.
Usenet umiera?
Do Usenetu mam wyjątkowo sentymentalny stosunek. To między innymi w nim pod koniec lat dziewięćdziesiątych stawiałem swoje pierwsze kroki w internecie. Gdy polskich stron było jak na lekarstwo lub po prostu nie znało się ich adresów, na grupach dyskusyjnych zawsze można było przeczytać coś nowego. Co ciekawe na przełomie wieków więcej czasu spędzałem przeglądając grupy niż chodząc po stronach internetowych. Oczywiście nie byłem odosobniony w swoim zachwycie nad globalną siecią grup dyskusyjnych. W tym czasie popularność Usenetu w Polsce rosła lawinowo (co oczywiście było wynikiem wzrostu popularności samego internetu). W hierarchii pl. zostało przegłosowanych ponad 100 nowych grup dyskusyjnych, a liczba wiadomości wysyłanych na poszczególne grupy rosła z roku na rok o kilkadziesiąt procent. Nic więc dziwnego, że już pod koniec 2001 roku Google na stronie głównej oferował przeglądanie zawartości grup dyskusyjnych i wyszukiwanie jak w zwykłych stronach internetowych (z początku dla grup zachodnich, później również i polskich). Usługa ta zresztą dostępna jest na stronie głównej do dzisiaj. Gdy znalezienie rozwiązania jakiegoś problemu jest niemożliwe na stronach internetowych, z pomocą przychodzi olbrzymia baza postów z grup dyskusyjnych.

Jednak w roku 2003 liczba wiadomości wysyłanych na niektóre grupy dyskusyjne zaczęła spadać. Z początku spokojnie, w późniejszych latach niemalże z takim samym impetem jak wzrastała do roku 2002. Proces ten się pogłębia i szacując pierwszą połowę roku 2007 nie zanosi się na to, by liczba wiadomości wzrosła. Oczywiście jest trochę grup w polskiej hierarchii na których trend nie jest tak wyraźny. Są również takie na których liczba nowych postów jest stała lub nawet rośnie. Nie można jednak nie odnieść wrażenia, że Usenet jako miejsce dyskusji* najlepsze czasy ma już za sobą.
Fora dyskusyjne są wszędzie
Rzecz jasna popularność wspomnianego wcześniej forum PEB wynika głównie z tego, że jest to po prostu jedna wielka farma linków do plików wrzuconych na Rapidshare’a i inne “magazyny”. Znajdziemy tam muzykę, filmy, seriale i produkcje pornograficzne. Lwia część ruchu pochodzi zapewne z wyszukiwarek – wystarczy wpisać do Google odpowiednio zbudowaną frazę z nazwą filmu czy albumu muzycznego, a na pierwszej stronie znajdzie się wątek właśnie z forum PEB. Jednak na forum oprócz farmy linków znajdują się również kategorie ogólne.
Fora takie jak PEB czy tysiące innych są jednym z powodów malejącej popularności Usenetu. Absolutnie każdy może założyć forum dyskusyjne na każdy temat. Jest to proste dzięki gotowym, w większości darmowym skryptom (dostępne są silniki napisane w PHP, ASP i w innych językach). Od paru lat jest to nawet jeszcze łatwiejsze przy pomocy serwisów w których w kilka chwil założymy własne forum dyskusyjne (gdzie nie musimy martwić się o hosting, pozwalając jednak właścicielowi serwisu na przykład na umieszczenie reklam na forum). Największy w Polsce taki serwis – Fora.pl – został dwa miesiące temu przejęty przez Gadu-Gadu. Aktualnie gromadzi ponad 350 000 forów, 5 mln użytkowników i 70 mln postów.
Farmy forów dyskusyjnych to jedno, wielkie fora to drugie. Na liście największych polskich forów (wzorowanej po trochu na zagranicznym Big Boards) znajduje się mnóstwo społeczności gromadzących po kilkanaście tysięcy użytkowników i kilkaset tysięcy wiadomości. Lista jednak jest nieaktualizowana i nie monitoruje takich stron jak Forumowisko, Dogomania, Insomia czy SFD.
Kolejnym gwoździem do trumny Usenetu są inne formy komunikacji przez internet – komentarze do artykułów i wiadomości, blogi oraz cała masa różnorodnych serwisów społecznościowych gdzie możemy kontaktować się z innymi.
Fora dyskusyjne zabiją Usenet?
Taka popularność tej metody komunikacji sprawia, że powoli do lamusa odchodzi Usenet, który w przeciwieństwie do forów dyskusyjnych nie oferuje tylu możliwości i jest trudniejszy do przyswojenia (za pomocą czytnika, pomijam Google Groups i pochodne formy przeglądania grup dyskusyjnych). Mimo, że korzystanie z Usenetu ma sporo zalet których nie mają fora, dla zwykłego użytkownika przyzwyczajonego do prostego phpBB, Usenet pozostanie zbyt skomplikowany i niezrozumiały.
W ciągu kilku następnych lat liczba wiadomości na polskich grupach może stopniowo maleć, by w końcu zatrzymać się na stałym, niskim poziomie, który może doprowadzić nawet do śmierci grup dyskusyjnych. To odległa przyszłość, w której nie widzę ratunku dla Usenetu, a na pewno nie widzę szansy na powrót popularności grup do tej z początku wieku.
* Nie przez przypadek w odniesieniu do Usenetu użyłem sformułowania “miejsce dyskusji”, bo Usenet to nie tylko forum wymiany poglądów. Druga, ciemna strona Usenetu o której nie mówi się zbyt często to grupy binarne, które mają się chyba całkiem dobrze i nadal pozostają jednym z pierwszych “lądowisk” najświeższych ripów filmów, muzyki i gier.
Jeśli będziecie przypadkiem w San Francisco albo powiedzmy w Palo Alto i poczujecie chęć wstąpienia do restauracji, nie zapomnijcie zerknąć najpierw na stronę Yelp.com, na której znajdziecie mnóstwo fachowych recenzji restauracji. Zresztą restauracje to zaledwie jeden z działów w którym użytkownicy mogą publikować swoje opinie i spostrzeżenia na temat obsługi, fachowości czy cen wszelkiej maści miejsc i obiektów. Na liście znajdują się również bary, sklepy, usługi lekarskie, weterynarze czy nawet organizacje religijne. Yelp, z początku skoncentrowany wokół regionu Doliny Krzemowej i zatoki San Francisco, aktualnie “obsługuje” wszystkie większe miasta Stanów Zjednoczonych.
Co jest takiego ciekawego w Yelpie? Wydawałoby się przecież, że to tylko prosta strona z recenzjami miejsc. Na sukces Yelpa składa się moim zdaniem szereg czynników:
- Strona jest niezwykle łatwa i intuicyjna w obsłudze. Wystarczy naprawdę parę kliknięć by znaleźć opinie o interesującym nas miejscu lub wyszukać inne miejsca które mogłyby nam się spodobać.
- Świetnie zastosowanie Google Maps do oznaczania punktów na mapie. Dla niektórych to zbędny bajer który tylko spowalnia ładowanie się strony, ale gdy jesteś naprawdę głodny i szukasz dobrej restauracji albo boli Cię ząb i szukasz dentysty to bliskość miejsca ma olbrzymie znaczenie.
- Szczegółowa baza miejsc. Zwykły katalog to za mało jeśli szukamy czegoś konkretnego. Na przykład w opisie restauracji oprócz tak oczywistych danych jak adres czy telefon przeczytamy jaki ubiór obowiązuje, jakich cen możemy się spodziewać, czy restauracja akceptuje karty kredytowe lub czy punkt jest łatwo dostępny dla osób niepełnosprawnych.
- Najważniejsze są jednak rozwiązania społecznościowe wykorzystane w serwisie. Recenzje nie są anonimowe, są pisane przez konkretne osoby – stąd też slogan Yelpa – “real people, real reviews“. Łatwo możemy sprawdzić czy recenzja powiedzmy chińskiej restauracji została napisana przez wredną konkurencję, jednorazowego wściekłego klienta czy przez prawdziwego konesera chińszczyzny. Inni użytkownicy mogą dodatkowo oceniać recenzje pod kątem na przykład przydatności. Jak wspomniałem wcześniej, recenzenci nie są anonimowi – każdy z nich ma własny profil, może dodawać zdjęcia, czy też napisać kilka zdań o sobie. Jeśli uznamy, że mamy z kimś podobny gust i zgadzamy się z jego recenzjami, możemy również zasubskrybować jego przyszłe recenzje.
Yelp rozwija się bardzo szybko. Nad uruchomionym pod koniec 2004 roku serwisem pracuje obecnie około 50 osób. Yelp uzyskał dofinansowanie na łączną kwotę 16 milionów dolarów, a kilka tygodni temu udostępnił API. Do innych podobnych stron wartych uwagi należą między innymi Judy’s Book oraz Insider Pages.
W Polsce raczej na próżno szukać serwisu który byłby tak rozbudowany i który oferowałby ocenianie miejsc z wielu branż. Działa co prawda sporo portali skupionych wokół jednego regionu, ale są to małe strony lokalne lub strony ograniczone do jednej branży. Uruchomieni jakiś czas temu Gastronauci.pl ograniczają się do branży gastronomicznej i są ledwie namiastką tego czego można by oczekiwać od takiego serwisu.
Będę przypatrywał się polskim stronom które wzorują się na Yelpie i naśladują jego rozwiązania. Można mówić wiele złych rzeczy o portalach społecznościowych, ale wykorzystanie potencjału internetu w połączeniu ze społecznościami lokalnymi, jak pokazuje przykład Yelpa, to naprawdę przydatna mieszanka.
Jak donosi Techcrunch w jednym z ostatnich swoich wpisów kod źródłowy serwisu społecznościowego Facebook wyciekł i został opublikowany na specjalnie utworzonym na tę “okazję” blogu Facebook Secrets. Co prawda wyciekł tylko jeden główny plik, ale informacja ta wywołała sporą burzę w blogosferze.
Z początku Techcrunch zastanawiał się czy kod przypadkiem nie został wyniesiony z firmy przez jednego z programistów. Jak jednak podała Brandee Barker z Facebooka kod został “wypluty” niewielkiej liczbie użytkowników w wyniku awarii jednego z serwerów, który nie był do końca dobrze skonfigurowany. Jest to znany bug występujący na serwerach Apache, który polega na tym, że zamiast sparsowanego kodu, wyświetlany jest… czysty kod.
Analizując kod na pierwszy rzut oka można wyciągnąć kilka ciekawych wniosków na temat tego, jak działa tak duży serwis jak Facebook.
- Po pierwsze w strukturze serwisu nie są wykorzystane żadne praktyki stosowane w programowaniu obiektowym.
- Po drugie, aplikacja to po prostu połączenie wielku skryptów PHP.
- Po trzecie, wygląda na to, że Facebook używa Smarty do obsługi szablonów.
Niektórzy komentując kod stwierdzili, że jest on słabo napisany i panuje w nim ogólny bałagan.
Użytkownicy przy tej okazji pytają jak chronione są ich prywatne dane. Skoro dzisiaj na światło dzienne wycieka kod, to czemu jutro ich dane nie miałyby być publicznie dostępne? Na wspomnianym blogu został opublikowany kod źródłowy jednego pliku, ale jak przyznają użytkownicy w komentarzach do wpisu na Techcrunch, podczas przeglądania serwisu kod został wypluwany także w innych miejscach. Sytuacja ta przypomina odrobinę wpadkę polskiego Grono.net sprzed kilku miesięcy, kiedy to profile ludzi, które miały być dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników zostały zaindeksowane przez wyszukiwarkę Google i dostępne z jej poziomu. Wtedy Grono przeprosiło za ten błąd i usunęło z Google zaindeksowane strony.
A propos Grono, to na kilka miesięcy przed uruchomieniem angielskiej wersji serwisu (wtedy jeszcze Grapeo.co.uk, teraz Grono chyba zrezygnowało z tej domeny) podczas przeglądania Grona w pewnym momencie zamiast zwykłych gronowych stron uruchomiła mi się przez przypadek testowa wersja angielskiego Grona. Po chwili jednak sytuacja wróciła do normy.
Wracając do Facebooka, nie brakuje opinii, że cała sytuacja została ukartowana i jest to kontrolowany wyciek w celu zrobienia marketingowego szumu wokół serwisu, a sam kod to po prostu kod sprzed dobrych kilku miesięcy i jest on już nieaktualny. Jakoś w to wątpię. Co prawda stara zasada mówi, że nieważne jak o Tobie mówią – ważne, że mówią, ale Facebook akurat na marketingowy szum nie może ostatnio narzekać.







Wpisy